Zapiski wszelakie, mniej lub bardziej interesujące

Subscribe to RSS feed

(...)


Dawno nie było wpisu napisanego pod wpływem emocji.
Dlaczego, w dniu dzisiejszym, radość była tłamszona przez wkurwienie oraz masę negatywnych emocji? Dlaczego ludzi irytuje, gdy ktoś w beznadziejnej i dobijającej sytuacji zachowuje dobry humor oraz stara się spojrzeć na to wszystko z dystansu i z przymrużeniem oka?
Nie zamierzam się dołować, smucić i załamywać tylko dlatego, że ktoś nie potrafi sobie ułożyć w głowie odpowiedniego nastawienia. Nie zamierzam gasić wewnętrznego płomienia szczęścia, rozświetlającego mi tą szarą rzeczywistość, z tak błahych powodów.

Bo życie jest piękne, szkoda czasu na chwile pełne nienawiści i złości.

w kłębach dymu


2007 rok, czerwiec, Anglia, Oksford. Wakacyjna przygoda po napisanej maturze w celu poznania "świata" i zarobienia pieniędzy na studia. Zacząłem pracować jako barman. Pierwsza poważna robota. Wielu rzeczy się nauczyłem, poznałem wielu wspaniałych ludzi, wróciłem stamtąd z ogromnym bagażem doświadczenia, który miał istotny wpływ na kształt mojej obecnej osobowości.
1 lipca wprowadzono tam zakaz palenia.
Z mojej perspektywy było to świetne posunięcie. Nikt nie staje przy barze, wydmuchując dym papierosowy prosto w twarzy. Koniec ze zbieraniem popielniczek, czyszczeniem ich, wymienianiem, zamiataniem kiepów na koniec z podłogi. A ten syf przed drzwiami wejściowymi? Nie mój problem, chodnik należy do miasta. Do klubów nie chodziłem, w pracy paliłem na zapleczu. Palenie na ulicy też nie było zabronione. Zakaz całkowicie mnie nie dotyczył, a nawet widziałem w nim plusy.

2010 rok, sierpień, Anglia, Londyn. Typowa wizyta w celu turystycznym. Wracając autobusem do miejscowości, w której przebywałem, zauważyłem zjawisko, o którym już wcześniej słyszałem lub czytałem. Ludzie spotykają się po pracy, aby wypić kilka piw przed lokalem. Przed. Masowe grupy, które sprawiają wrażenie, że klienci wylewają się z knajp. Główny wpływ na to miał jednak zakaz palenia, który zmusił palaczy do wychodzenia przed pub w celu dotlenienia raka. Z czasem konieczność przeistoczyła się w zwyczaj. Proces, myślę, jest już nieodwracalny.

2010 rok, 14 listopad, Polska, Gdańsk. Jutro ma wejść w życie ustawa zakazująca palenia w wielu miejscach. Tym razem zakaz dotyczy mnie bezpośrednio. Mieszkam tu, bawię się, egzystuję, a papierosy są tego nieodłączną częścią. Na uczelni i tak nie ma palarni, więc trzeba wychodzić na dwór - to się nie zmieni. Zastanawiam się tylko, jak będzie wyglądała sytuacja klubowa. Impreza, alkohol, ciężko bez fajki wytrzymać. Czy wszystko pójdzie torem brytyjskim? Czy może my, Polacy, jak zawsze zrobimy na opak i mimo dobrych intencji ustawodawcy wyjdzie hybryda, której w żaden sposób nie można przewidzieć, a potem nad nią zapanować?

Nie wspominając o tym, że akcyza znowu poszła w górę...

kolorowo?

Miała tu być kontynuacja wątku o dopalaczach - jak to się skończyło, jakie jest nowe brzmienie ustawy, napisać coś o całej akcji zamykania sklepów.
Ale przyznam się, że nie mam już siły na ten cyrk.
Po prostu czekam, aż sprawa się ustabilizuje. Skończą się wybory, ruszą procesy odszkodowawcze dla właścicieli sklepów, a media nawet nie wspomną, że zmasowany atak na dopalacze był bezprawny i przyniósł więcej szkód niż pożytku. Na chwilę obecną detaliczna sprzedaż wartościowych substancji nieco podrożała (ryzyko podbija cenę), ale w hurcie ceny pozostały takie same, wobec czego najbardziej skorzystają dilerzy. Czy to dobrze? Każdy sam powinien ocenić.
Kończąc temat, skorzystam ze słów innego blogera, który w trafny sposób podsumował działania Tuska. http://lewysierpowy.blox.pl/2010/10/Tusk-jak-Ziobro.html

Dwie godziny temu doszło do zamachu. Do biura europosła PiS w Łodzi wtargnął mężczyzna z nożem i bronią palną. Z pianą na ustach "mówił, że chce zabić Kaczyńskiego."[Telatycki, radny PiS]. Efektem jest jedna ofiara śmiertelna oraz jedna lub dwie ranne.
Można się zastanawiać, co mogło stać za tak tragicznym wydarzeniem. Osobista uraza do ofiary? Ale przecież szukał Kaczyńskiego, niestety zapomniał, że tego najczęściej znaleźć można w Warszawie. Chęć zaistnienia w mediach? Możliwe, dziwne czasy nastały. Te dywagacje są jednak bez sensu, gdyż odpowiedź na to nurtujące pytanie przyszła od razu, i to z ust samego prezesa! "To wynik kampanii nienawiści zapoczątkowanej przez Tuska". Coś mi się jednak wydaje, że kampanię nienawiści, i to od wielu lat stosuje nie kto inny, a wypowiadający te słowa... Ostatnio nawet zastanawiałem się, kiedy dojdzie do jakiegoś aktu przemocy ze strony fanatyków religijnych, a tu proszę, odwrotnie, ktoś nie wytrzymał ciśnienia i zaatakował pisowca. Swoją drogą od wyrażenia, że nóż w kieszeni się otwiera np. na widok wystąpień polityków, ten pan śmiało przeszedł do praktyki.
Co jeszcze interesującego dowiadujemy się z oświadczenia prezesa? "Oni stracili życie za mnie" - więc mamy nowych męczenników, może też jakiś pomnik pod Pałacem Prezydenckim dla nich wywalczyć trzeba?

"Dzisiaj za bezpieczeństwo wszystkich biur, pracowników, działaczy Prawa i Sprawiedliwości odpowiedzialność ponosi rząd. Każde słowo, które będzie kontynuacją tej kampanii, wszystko jedno kto je wypowie, czy to będzie polityk czy dziennikarz, to będzie po prostu wzywanie do morderstw."

Ale co najważniejsze, "będziemy walczyć o to, żeby w Polsce wróciła demokracja".

Obawiam się, że obrona krzyża to nic w porównaniu z tym, co będzie działo się po dniu dzisiejszym. Żeby nie było: tak, to co dzisiaj się wydarzyło jest tragedią, zachowanie napastnika jest godne potępienia, a podobne wydarzenia nie powinny mieć miejsca w przyszłości. Jednak to wszystko przesłania strach o sytuację polityczną w kraju, PiS dostał ogromne narzędzie do walki o elektorat. Jeżeli ze zwykłej katastrofy samolotu potrafili zrobić spisek międzynarodowy (o udziale rządzie nie zapominając), to połączenie dzisiejszego ataku z Platformą nie będzie stanowiło dla nich żadnego problemu. Łatwo sobie można wyobrazić, jak szeroki asortyment słownictwa będzie dobiegał z ust przedstawicieli PiS, echo 19 października będzie rozbrzmiewało jeszcze przez długi czas.
Swoją drogą, ostatnio kilkakrotnie w filmach i serialach spotkałem się z wątkiem, gdzie polityk aranżuje zamach na samego siebie w celu podniesienia słupków sondażowych (Lie to me, Machete). Nie jestem z natury spiskowcem, aczkolwiek ciekawy jest ten wariant. smile

Na osobny wpis zostawiam kwestie związane z imigrantami - problemie, o którym coraz głośniej mówi się na zachodzie (Francja, Niemcy), w szczególności pod kątem "kolorowych".

Wybory tuż tuż...

...więc trzeba walczyć o głosy! Za każdym razem jesteśmy świadkami niewyobrażalnych starań, pełnych poświęcenia i ogromnego zaangażowania tych, którzy będą zamierzali skorzystać z biernego prawa wyborczego.
W tym roku na pierwszy front została wzięta kwestia tzw. dopalaczy. Nazwy, której geneza jest taka sama jak w przypadku pampersów czy adidasów. Określenie to w ogóle mi się nie podoba, aczkolwiek jestem zmuszony do stosowania tej nazwy, chcąc napisać nieco słów w tym temacie.
Sprawa wydaje się prosta. Ludzie nie chcą narkotyków na swoich ulicach, a smartshopy, które wręcz zalały Polskę, są najbardziej rzucającym się w oczy elementem powodującym u ludzi przeświadczenie, iż dopalacze są wszędzie i wszyscy młodzi je zażywają.
I to jest zarazem punkt, w który najprościej uderzyć.
Co jakiś czas w mediach pojawiają się informacje, że ktoś przekręcił się po dopalaczach. Utkwiła mi w pamięci historia kobiety, która osierociła trzyletnią córkę biorąc 6 "masakratorów". I takie opowieści poruszają tłumy, prowadząc do ogólnopolskiej nagonki. Spróbujmy spojrzeć jednak na to obiektywnie. 6 tabletek, gdzie cena piguły (swoją drogą, nazywanie ich "pigułami" jest w pewnym sensie obrazą dla prawdziwych piguł) waha się od 40 do 60 złotych. Biorąc nawet niższą wartość, po przemnożeniu daje nam kwotę 240 zł.
Znacie kogokolwiek, kto dałby tyle pieniędzy za marnej jakości tabletki? I jeszcze wziął je naraz zapewne popijając alkoholem?
Cała sprawa śmierdzi ogromną nieodpowiedzialnością i brakami w inteligencji wyżej wymienionej pani. Obawiam się, że gdyby nadal żyła i wychowywała córkę, zrobiłaby jej większą krzywdę, niż odchodząc przedwcześnie.

Walka z dopalaczami to coś, co ma wymiar ponadpartyjny (poza SLD - mają w programie depenalizację narkotyków, wobec czego wnioskuję, że same dopalacze też im nie przeszkadzają, aczkolwiek nie trafiłem jeszcze na opinie lewicy w tej sprawie), dzięki czemu podejmowanie działań legislacyjnych jest znacznie uproszczone. We wrześniu dorzucono kolejny zestaw substancji do listy zakazanych (w tym bardzo popularny mefedron), a od pewnego czasu głośno jest o nowej ustawie, która miałaby wprowadzić narzędzie pozwalające wstrzymać sprzedaż podejrzanego specyfiku. Nie wiadomo, jak będzie to miało dokładnie wyglądać, ale w skrócie proces polega na tym, że gdy pojawi się na rynku nowa substancja, można na okres od 12 do 18 miesięcy wstrzymać obrót za pomocą rozporządzenia i przeanalizować pod kątem szkodliwości - a dokładniej psychoaktywnego działania.
I tu sprawa się komplikuje.
Odchodząc od stricte dopalaczy, spójrzmy, jakie możliwości daje sobie władza. Nie podoba się jakiś towar, substancja? Zabrońmy sprzedaży. Bez uzasadnienia, ot tak. I nic nie można z tym zrobić, trzeba grzecznie odczekać półtora roku i wrócić do biznesu. To jest zamach na wolny rynek oraz ograniczanie wolności. Nasuwają mi się analogie do kwestii walki z piractwem, często poruszanej na jednym z moich ulubionych blogów - Jurgiego. Pod płaszczykiem walki z negatywnym zjawiskiem wprowadza się mechanizmy, które mogą stać się dla nas w przyszłości zagrożeniem.
Prosty przykład. Ubarwiony, ale jak najbardziej możliwy. Pewien sklep z dopalaczami wypuszcza nowe tabletki zawierające wodorowęglan sodu (NaHCO3), główny składnik (za wikipedią) proszków do pieczenia. Władza uznaje, że trzeba wstrzymać obrót na półtora roku w celu dokonania analizy. Absurdalne? Pewnie, ale przecież uzasadnienie nie jest konieczne.
I przez ten czas nigdzie w Polsce nie kupisz proszku do pieczenia. O ciastach możesz zapomnieć.

Nie podoba mi się również fakt, że społeczną akceptację posiada gnębienie legalnych przedsiębiorców wszelkimi państwowymi sposobami. Strażnicy miejscy przed wejściem spisujący klientów, ciągłe kontrole skarbowe i wszystko, co się da, byle tylko utrudnić sprzedaż. Czy ci ludzie, którzy przyklaskują takim działaniom, naprawdę chcieliby, aby ich majątki były niszczone w majestacie prawa tylko dlatego, że w obecnej sytuacji nie są pożądane?

Punktem wyjścia tego wpisu są wybory samorządowe. I tu jest bardzo ciekawie.
Dwa krótkie newsy:
http://wiadomosci.gazeta.pl/Wiadomosci/1,80273,8452549,_Nie_zabijajcie_naszych_dzieci___Pikieta_pod_sklepami.html
http://wiadomosci.gazeta.pl/Wiadomosci/1,80269,8453510,Ruda_Slaska_dopalaczom_mowi___nie__.html

oraz podsumowanie tej hecy, z którą się zgadzam, dlatego nie będę powtarzał wniosków:
http://www.tokfm.pl/Tokfm/1,103085,8452361,Wybory_tuz_tuz__Samorzadowa_walka_z_dopalaczami_nabiera.html

Swoją drogą, szkoda że te sklepy w ogóle powstały. Rynek RC (Research Chemicals) przed upublicznieniem miał się bardzo dobrze, a w temacie siedzieli tylko ci, którzy potrafili myśleć (idiota nie potrafiłby chociażby znaleźć źródła). Sklepy bez zastanowienia ładują do asortymentu wszystko, co tylko ma jakiekolwiek działanie psychoaktywne, bez testów, właściwych oznaczeń. Przykładowo po delegalizacji mefedronu pojawiły się w sprzedaży produkty takie jak "mefedron zmodyfikowany", "mefedron 2", tylko po to, aby przyciągnąć idiotów. A czy to jest metedron, butedron, mdpv, metylon, czy cokolwiek innego, nie raczą poinformować.
Ludzie kupują tabletki pod dziwnymi nazwami, nie wiedząc co tam jest w środku ani w jakich proporcjach, czy to można mieszać z alkoholem czy nie (zazwyczaj to drugie). I zdarzają się sytuacje, w których ktoś przesadzi, ale tylko i wyłącznie z głupoty. A na to nie ma lekarstwa.

Szczerze mówiąc to najlepiej byłoby zakazać głupoty, a wtedy cały problem z dopalaczami by nie istniał. Tak jak i wiele innych.

EDIT (2.10.2010): "(...) wasz wybór waszej drogi życiowej jest największym, najmocniejszym i najmądrzejszym uzasadnieniem takich decyzji, jakie my podejmujemy, kiedy trzeba walczyć ze złem" - jeżeli to nasz wybór, to po cholerę państwo się wtrąca?
http://wiadomosci.gazeta.pl/Wiadomosci/1,80271,8456029,Tusk_o_dopalaczach__Brutalnie_rozstrzygniemy_problem_.html

"Krzyżu Chrystusa, bądźże pochwalony..."

Trwające nieprzerwanie przez dwie doby opady nareszcie się skończyły, a zamiast szarości na dworze przez okno wpadają promienie słoneczne.
Po wakacjach miałem plan napisać podsumowanie wakacji z różnych stron. Tego, co się wydarzyło w Polsce, na świecie, oraz moich osobistych przeżyć. Zabrałem się za pisanie, lecz skończyło się... jak zawsze. Zamiast patrzeć na zalegający początek tekstu i odkładać pisanie postanowiłem wyrzucić go w cholerę i po prostu coś napisać. Bez szczególnego planu. Od teraz chciałbym, aby nowe notki pojawiały się częściej, przede wszystkim w miarę szybko od chwili, gdy dana myśl powstanie w moim umyśle. Odwlekanie w czasie decyzji ewidentnie nie sprzyja, o czym przekonałem się wielokrotnie.

Rozpoczął się kolejny rok akademicki. Do powrotu na trzeci semestr nie byłem nastawiony optymistycznie, ale obronienie licencjatu na pierwotnym kierunku daje nadzieję, że tym razem uda się zaliczyć wszystko i pójść dalej. Mam nadzieję, że bez kolejnych urlopów.
Gdy przyszedłem na pierwszy wykład, poczułem się jak w obcym świecie. Mnóstwo nowych twarzy, których i tak nie zapamiętam. Na szczęście zostało trochę znajomych, którzy po drodze odpadli na pierwszym semestrze, na drugim, czy też na trzecim. Grupa osób, którą wszyscy nazywają spadochroniarzami, stała się także i moją grupą. I sam ten fakt bardzo mocno nas łączy, scala w problemie, jakim jest przeprawa z chorą sytuacją na wydziale. Ciągłe zmiany programu odbiły się i na nas, myślałem, że wracając do punktu, w którym przerwałem edukację, będę musiał zaliczyć tylko to, czego nie udało mi się w zeszłym roku akademickim. O jakże się myliłem...

Sierpień w kościele katolickim jest uznawany za miesiąc trzeźwości. O ile dla niektórych to jest wystarczający powód, aby nie pić, tak u mnie abstynencja alkoholowa spowodowana była chęcią wyzdrowienia oraz przyjmowaniem antybiotyków. Co prawda i tak zbyt późno za to się zabrałem (1,5 miesiąca od zachorowania, gdzie w tym okresie się nie oszczędzałem...), lecz była to wystarczająca motywacja, dzięki której udało mi się wytrzymać bez alkoholu. Oczywiście mój banioholizm zaspokajałem w inny, zdecydowanie przyjemniejszy sposób. Sprawiło mi to ogromną satysfakcję, w szczególności, że samo (bez dodatków) spożywanie etanolu w różnej postaci zaczęło mnie już spory czas temu najzwyczajniej nudzić. Z całej akcji ucieszył się też portfel, który mocno dostaje w tym roku po metaforycznej dupie.

W którymś z powyższych akapitów byłem bliski zastosowania wyrażenia "okres czasu", które jest najzwyklejszym pleonazmem, tj. masłem maślanym. Wcześniej bez zastanowienia je stosowałem, a z błędu wyprowadził mnie Maciej Malinowskim swoim cyklem felietonów w Angorze "Obcy język polski", numeru odcinka nie pamiętam niestety. Za każdym razem, jak czytam jego analizy, zdaję sobie sprawę, jak oczywiste jest wyjaśnienie powszechnych błędów, staram się zapamiętać, aby w przyszłości pisać/mówić poprawnie, a następnie... Wylatuje mi to z głowy i jest po staremu. "Okres czasu" postarałem się jednak wyjątkowo zapamiętać, jako punkt, w którym zamierzam przykładać większą uwagę do kwestii poruszanych w jego felietonach. Na swojej stronie autor publikuje wszystkie analizy, myślę że warto zajrzeć choćby na chwilę i przelecieć oczami po tytułach, a może akurat trafi się coś, co przykuje uwagę. Adres bezpośrednio do archiwum tekstów: http://obcyjezykpolski.interia.pl/?md=archive

PS Dziwny tytuł? Wspomniany na początku pomysł bezpośrednio wywodzi się od szeroko pojętej akcji "Krzyż", której chciałem poświęcić sporo miejsca w analizie tegorocznego lata. Taki miał być nagłówek całej notki, toteż niech chociaż w ten sposób zostanie po niej ślad.